CUdaczne historie Jestem tym, co myślę Zrozumieć i pokochać swoje ciało

CU-daczna historia Zdrowej Brzózki

CU-daczna historia Zdrowej Brzózki

Osoby w temacie od razu wiedzą o czym będzie ta historia 😉 . Jednak wyjaśnienie słowa „CUdaczna” należy się czytelnikom, którzy nie spotkali się z tą nazwą. Otóż litery CU to skrót od nazwy schorzenia Colitis Ulcerosa, o którym już wspominałam wcześniej na Zdrowej Brzózce (klik). CU, czyli po polsku Wrzodziejące Zapalenie Jelita Grubego, dotyka coraz większą liczbę osób i w coraz młodszym wieku. Powikłania choroby obejmują cały organizm, ponieważ kiedy choruje jelito, choruje całe ciało – to nieuniknione, bo już wiemy, że w jelitach przecież wszystko się zaczyna (klik, klik).

Pamiętam, że będąc dzieckiem, kiedy tylko ktoś z moich rówieśników trafiał do szpitala, czy chorował tygodniami, dziwiłam się jak to się dzieje, że mnie takie sytuacje omijają. Do czasu… Moje problemy zdrowotne zaczęły się od zdiagnozowania guzka na tarczycy podczas bilansu zdrowia w gimnazjum. Wszystkie takie szkolne badania przechodziłam jak z płatka, dlatego i tym razem na pewniaka weszłam do gabinetu higienistki. Jednak tym razem było lekkie zdziwko…

Pani doktor wyczuła dość spore zgrubienie na mojej szyi. Strach jaki mnie wtedy ogarnął i wizja szpitali i tych wszystkich badań diagnostycznych, które mnie czekają, pamiętam bardzo wyraźnie do dzisiaj. To była panika, z którą nie potrafiłam sobie poradzić. O problemach z tarczycą napiszę w osobnym wpisie, ponieważ to też całkiem „ciekawa” historia, która także łączy się ze schorzeniem CU.

Z uwagi na późniejsze huśtawki hormonów tarczycy, miałam spory problem z wagą w wieku nastoletnim. Przez stosowanie hormonów w tabletkach najpierw schudłam do 45 kg przy wzroście 160 cm, a następnie w zaledwie 2 miesiące przybrałam do 65 kg!! Niestety zostałam pozostawiona z tym problemem sama i tu zaczęły się moje złe nawyki żywieniowe podczas nieumiejętnych prób zrzucenia nadmiernych kilogramów. W wieku nastoletnim było to oczywiście jeszcze bardziej trudne z uwagi na presję otoczenia i komentarze rówieśników.

Wpadłam w zamknięte koło: STRES -> GŁODÓWKA -> DIETA „CUD” -> STRES -> ATAKI GŁODU i PRZEJADANIA SIĘ -> STRES -> GŁODÓWKA -> DIETA „CUD” -> STRES -> ATAKI GŁODU i PRZEJADANIA SIĘ, i tak w kółko…

Przy jednoczesnym braku umiejętności radzenia sobie ze stresem i nadmiarem obowiązków szkolnych i pozaszkolnych, nie trudno się było domyślić do czego to doprowadzi… Zobacz jak teraz radzę sobie ze stresem 😉 (klik).

W liceum zaczęły mi puchnąć i boleć kolana – teraz wiem, że to był pozajelitowy objaw CU. Niestety lekarz rodzinny zbagatelizował go, nie zlecając jakichkolwiek badań sprawdzających stan zapalny w organizmie… Biegunki na przemian z zatwardzeniami, które tłumaczyłam sobie stresem i nauką, stały się dla mnie normą. Pojawiła się dodatkowo łuszczyca skóry, którą tłumaczyłam genami, ponieważ w rodzinie dość często występuje. Ale kiedy podczas studiów pojawiła się krew w stolcu, znowu ogarnął mnie strach i panika. Lekarze stwierdzili, że mam hemoroidy… I tak funkcjonowałam z coraz to bardziej sypiącym się organizmem tyle lat, aż na ostatnim roku studiów w 2009 roku, dostałam wysokiej temperatury, do toalety biegałam po kilkanaście razy na dobę, ból jelit dokuczał po każdym najmniejszym posiłku, a stan osłabienia i wycieńczenia z powodu anemii był już nie do zniesienia.

Wtedy przyszedł czas na prywatne wizyty i konkretną diagnozę. Kolonoskopia i wynik histopatologiczny potwierdziły przypuszczenia lekarza – Colitis Ulcerosa/ Pancolitis, czyli w przełożeniu na prosty język – mój organizm zwariował i sam atakuje swoje organy, w tym przypadku jelita…

Zalecenia: leki do końca życia, ponieważ ta choroba według medycyny konwencjonalnej jest nieuleczalna. Zalecenia dietetyczne jakie wtedy otrzymałam, bazowały na standardowej diecie lekkostrawnej opartej na białym pieczywie.

Od 2009 roku praktycznie rok w rok dostawałam zaostrzenia choroby, które wiązały się z leczeniem sterydowym. Na początku był też metronidazol, który jest jednym z najgorszych antybiotyków!!! Pomiędzy zaostrzeniami i remisjami, dokuczały problemy ze stawami kolanowymi i kostkami oraz stan podgorączkowy trwający miesiącami. Łuszczyca okresowo nasilała się. Po kilkukrotnych namowach lekarza, zdecydowałam się włączyć immunosupresję, która jednak od samego początku mi nie służyła. Przez obniżoną odporność organizmu opryszczka na ustach stała się niemal moim znakiem rozpoznawczym, że już nie wspomnę o innych częstych infekcjach: a to ucho, a to gardło, a to przydatki… Dodatkowo chore jelita i zaburzone wchłanianie nie sprzyjały w utrzymaniu stabilnego poziomu hormonów tarczycy, ponieważ po resekcji lewego płata z cieśnią, byłam i jestem zdana na ich sztuczne uzupełnianie.

Dodam jeszcze, że leki sterydowe także nie oszczędzały mi swoich skutków ubocznych. Do takich chyba najbardziej dokuczliwych należały opuchnięcie twarzy i całego ciała, zarost w miejscach bardzo niekorzystnych dla kobiety, a dla „wyrównania” wypadanie włosów z głowy garściami, kołatanie serca, ciągłe uczucie niepokoju, a znowu po odstawieniu sterydów tak nieprzyjemny zjazd energetyczny i nastrojowy, że jedna ze sterydoterapii skończyła się u psychoterapeuty.

Podczas zaostrzenia i kolejnego leczenia sterydowego w 2016 roku, mama podrzuciła mi książkę Jerzego Zięby „Ukryte terapie”. Na sterydach wszystko robi się bardziej, mocniej i sprawniej, co potwierdzi chyba każdy chory na CU. I tak książkę połknęłam raz dwa. Podczas czytania emocje jakie się we mnie budziły, a które były jeszcze wzmocnione lekami sterydowymi, zaczęły mnie mocno niepokoić, ponieważ pretensje i żal do medycyny konwencjonalnej i lekarzy wypełniły całe moje serce i umysł. Teraz podchodzę do tego już z większym dystansem i zrozumieniem. Ale wtedy nie byłam w stanie rozmawiać o niczym innym, jak o tej książce!

Standardowa piramida żywieniowa, która nie ma nic wspólnego ze zdrowym żywieniem.

Natchniona książką, zapisałam się na podstawowy kurs dietetyczny, aby zdobyć wiedzę, co jeść, żeby sobie nie szkodzić. Niestety kurs bazował na „standardowej” diecie, ogólnie zalecanej jako zdrowa przez grono dietetyków i lekarzy. Powyższa piramida żywieniowa przedstawia tą „zdrową” dietę. Lekko zawiedziona i rozczarowana kursem, pojechałam na seminarium pana Jerzego Zięby. A tam mnóstwo nowych informacji, które tylko spotęgowały chaos w mojej głowie!! Udało mi się nawet podczas przerwy w wykładzie, w tym całym natłoku starszych osób – „fanów” Zięby, zadać mu dwa pytania:

„Czy zna Pan przypadki wyleczenia z Colitis Ulcerosa?” Odpowiedź „TAK”

„Czy może Pan polecić lekarza, który mógłby poprowadzić moje leczenie?” Odpowiedź „Niestety nie, trzeba szukać.”

Na dłuższą wymianę zdań nie pozwoliły mi już starsze panie, które mnie dosłownie przekrzyczały, żeby tylko dojść do słowa… Ale po tej krótkiej wymianie zdań, pan Zięba poświęcił przynajmniej godzinę na swoim wykładzie dla mojej choroby. Nie wiem czy miał to w planie, czy nie, ale jestem mu za to bardzo wdzięczna 🙂

I tak naładowana „chemicznym, sterydowym dopalaczem” oraz wiedzą z książki i seminarium, postanowiłam działać. W pierwszej kolejności zbadałam sobie pierwszy raz w życiu poziom witaminy D3, metabolit 25(OH). Wynik był skrajnie niski, czego właściwie można było się domyśleć, ponieważ stosując immunosupresję należy unikać słońca… Wtedy właśnie zdecydowałam, że na własną rękę odstawiam leki blokujące moją odporność. Zamiast tego włączyłam witaminę D3 w formie kropelek Vigantol, oraz witaminę K2MK7. Więcej o współpracy tych dwóch witamin oraz ich niezwykle ważnej roli podczas leczenia chorób autoimmunologicznych przeczytasz tutaj (klik).

Kolejnym krokiem była zmiana diety, jednak informacje dotyczące tego co bezpieczne, a co nie, które do tej pory do mnie dotarły, skutkowały tym, że gdy wchodziłam do sklepu, widziałam jedynie samą chemię i toksyny. Kilka razy wychodziłam ze sklepu z płaczem i taką wściekłością, że ja jestem taka chora, a w sklepie nie ma dosłownie niczego bezpiecznego dla mnie, co mogłabym zjeść i sobie nie zaszkodzić!! Ta frustracja niepotrzebnie generowała tylko dodatkowy stres – teraz to wiem. Ale wtedy nie miałam kompletnie pomysłu na to, co ja mam w końcu jeść…

Aż znowu moja kochana mama, widząc jak się miotam z tym wszystkim bez ładu i składu, rzuciła hasłem dieta SCD (klik). Rozpoczęłam poszukiwania potwierdzeń skuteczności, zaleceń, przepisów. I nagle to wszystko nabrało sensu. Po przeczytaniu książki Breaking the Vicious Cycle pojawił się konkretny plan, co i jak, i w jakiej kolejności. Chaos znacznie się zmniejszył, a pojawiło się skupienie na wykonaniu planu i obserwacja swojego ciała podczas kolejno wprowadzanych składnikach po etapie intro.

Pierwsze trzy miesiące diety SCD postawiło mnie na nogi. Jelita pięknie się wyciszyły, samopoczucie i energia były na takim poziomie jak podczas sterydoterapii. Niesamowite uczucie, ponieważ byłam wtedy kompletnie bez leków. Sama dieta!

Niestety po trzech miesiącach, wprowadzając jogurt SCD, zaczęłam czuć się coraz gorzej. Wprowadzanie kolejnych składników do diety stało się problematyczne. Podejrzewam, że jogurty rozregulowały moje jelita doprowadzając do zaostrzenia CU. Teraz już wiem, że nabiał mi nie służy (klik). Niestety to zaostrzenie skończyło się kolejną sterydoterapią. Na szczęście bardzo szybko wróciłam do formy. Podczas leczenia cały czas stosowałam dietę bezglutenową, bez mleczną i bez cukrową. Można ją podsumować jedną nazwą – PALEO z bezglutenowymi zbożami, takimi jak kasza gryczana, jaglana i ryż.

W trakcie tego zaostrzenia rozpoczęłam współpracę z panią Anną Przebindą – dietetyczką z wiedza z zakresu medycyny funkcjonalnej. To właśnie z nią ustalałam dietę i suplementację, która wspomagała leczenie. Nasza współpraca trwa do tej pory.

Po zakończeniu sterydoterapii odstawiłam wszelkie leki i rozpoczęłam kurację antypasożytniczą (klik).

Pasożyty nie są obojętne (klik), a odrobaczanie powinno się przeprowadzać co jakiś czas (klik). Oczyszczałam organizm w porozumieniu z panią Anią, cały czas stosując się do jej zaleceń dietetycznych i suplemenatcyjnych. Kuracja oczyszczająca nie była kolorowa, ponieważ podczas stosowanych środków odczuwałam różne skutki uboczne. Środki, które stosowałam były oczywiście naturalnymi wyciągami roślinnymi. Pomiędzy etapami kuracji przeciw pasożytom uzupełniałam florę bakteryjną jelit (klik).

Wszystko pięknie się stabilizowało. Jelita spokojne, łuszczyca zniknęła. Cały organizm zaczął się regenerować. Czułam się na tyle silna, że zaczęłam o tym głośno mówić zarówno znajomym, jak i opisywać to na blogu. Coraz śmielej przyznawałam się do tego z jakim schorzeniem próbuję się dogadać i że naturalne metody, które stosuję, DZIAŁAJĄ 😀

2018 rok był pełen zmian zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy. Stres jaki towarzyszył tym zmianom zaburzył spokój moich jelit, o czym już wiecie (klik). To zaostrzenie niestety było tak silne, że trafiłam do szpitala. Na szczęście sytuacja jest już opanowana.

W podpunktach przedstawię Wam jakie najważniejsze odkrycia w świecie medycyny naturalnej poczyniłam. Są to metody, które w moim przypadku są bardzo skuteczne:

Nadal poszukuję nowych sposobów na poprawienie jakości mojego CUdacznego życia. Wszystko co sprawdza się w moim przypadku, opisuję na blogu. Mam nadzieję, że jest to inspiracją dla innych cudnych Cudaków!

Możemy inspirować się w większej grupie, ponieważ pojawiła się właśnie nowa zakładka z Waszymi CUDACZNYMI HISTORIAMI. Chętnych do podzielenia się swoimi historiami z naturalnym leczeniem Colitis Ulcerosa, Leśniowskiego-Crohna, bądź innych nieswoistych zapaleń jelit proszę o kontakt mailowy: zdrowabrzozka@gmail.com

Na zakończenie swojej historii leczenia i poznawania mojego CU, mogę śmiało przyznać, że moje jelita nauczyły mnie bardzo wielu przydatnych zachowań i wartości. TAK! Zamiast traktować tą „nieuleczalną” chorobę jako swoją wadę i niepełnosprawność, postanowiłam dzięki niej nabrać dobrych nawyków i wzbogacić swoje życie o wartości, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Zaczęłam ich słuchać, zamiast działać przeciwko nim. Zdobywam cały czas wiedzę o nich, aby lepiej je zrozumieć i odczytywać ich potrzeby, ponieważ jelita to nasz drugi mózg (klik).

Każdy narząd w naszym ciele czegoś potrzebuje, aby mógł prawidłowo funkcjonować. Kiedy brakuje jakiegoś elementu, a ciało zostało przeładowane toksycznymi, drażniącymi substancjami, organy zaczynają się domagać wręcz Twojej uwagi (klik), powodując najrozmaitsze schorzenia i bolesne dolegliwości. Jeśli zwrócimy swoją UWAGĘ we właściwym kierunku i nauczymy się potrzeb własnego organizmu, jesteśmy w stanie skorzystać z jego niesamowitej MOCY SAMOUZDROWIENIA. To oczywiście trwa, i nie jest to łatwy proces, ale jakże cenny, wartościowy, pouczający i w końcu przyjemny 🙂

Taka świadoma przygoda potrafi zmienić całe życie na lepsze!

Kuknij co dobrego jeszcze na Zdrowej Brzózce 😉

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kamila Bachula - szczęśliwa mężatka, z wykształcenia jest nauczycielem języka angielskiego, ale z zamiłowania tworzy bloga Zdrowa Brzózka, który powstał z potrzeby serca. W 2009 roku weszła do niestety rosnącego w liczbę grona CUdaków za sprawą zdiagnozowanego schorzenia Colitis Ulcerosa (WZJG). Świadomie szukając przyczyny tej choroby autoimmunologicznej odkrywa świat zdrowego żywienia i zrównoważonego stylu życia, czego rezultatem jest blog Zdrowa Brzózka. Kamila kocha jogę i podróże motocyklowe, uwielbia gotować dla siebie i bliskich, ale także lubi wiedzieć co je.