Ciało – Umysł – Dusza

Jestem CUDem – Jesteś DUDem

Jestem tym, co jem

Zdrowa Brzózka w podróży

Prawie 4000 kilometrów, 200 litrów benzyny, 6 przepięknych górskich przełęczy w Alpach i Dolomitach, 7 krajów, 2 szalone ufoludki i jedna dzielna Teresa. A to wszystko wydarzyło się w przeciągu trzynastu cudownych dni!! Trzynaście dni pomnożyć przez średnio trzy posiłki dziennie… Jest nad czym myśleć kiedy chcesz utrzymać dietę bezglutenową, bez cukru, nabiału i jak najmniej przetworzoną. O posiłki, które przygotowywałam sama, byłam spokojna, ale jedząc w restauracjach w obcych krajach (bo ileż można jechać na tuńczyku z puszki czy jajkach) czasami wybór dania był zagwozdką.

Czerpiąc z doświadczenia zdobytego w czasie poprzednich podróży motocyklowych, jedno było pewne – mamy bardzo ograniczone miejsce na przewożenie prowiantu. Dlatego ilość ubrań w tym roku zredukowałam do minimum z nadzieją, że zabierzemy chociaż jeden cały bochenek chleba gryczanego (klik). Niestety, nie udało się, ponieważ chcąc przygotowywać niektóre posiłki samodzielnie musieliśmy zabrać ze sobą palnik, patelnię, turystyczne garnki, itp., itd. Upchnęłam jedynie dwie paczki suszonych daktyli na czarną godzinę, banany na drogę i oczywiście wodę mineralną. Pocieszałam się tym, że przecież istnieją sklepy i wszystko można kupić na miejscu.

Ocet jabłkowy (klik) oraz olej kokosowy (klik) z racji swoich uniwersalnych zastosowań pomogły zastąpić niejeden kosmetyk, a tym samym pomogły zaoszczędzić miejsce na inne potrzebne rzeczy. Olej kokosowy przydał się również w naszej kuchni polowej.

Z uwagi na bardzo ograniczone miejsce w kufrach musiałam dobrze rozplanować nasze codzienne zakupy spożywcze. Przeważnie powtarzaliśmy jeden schemat – kiedy dojeżdżaliśmy do miejscowości, w której planowaliśmy nocleg, rozglądałam się za sklepami spożywczymi. Po zainstalowaniu się na kempingu, bądź w pokoju, i wypakowaniu bagaży, wracaliśmy do centrum miejscowości z pustym kufrem centralnym, żeby zrobić zakupy. Na drogę zawsze braliśmy różne owoce, świeże i suszone. Jak znalazłam gorzką czekoladę o dobrym składzie to też pozwalałam sobie na taki rarytas. To dobra dawka kaloryczna i magnezowa, jakże przydatna w podróży. Oprócz prowiantu na trasę, kupowałam też produkty na śniadanie. Przeważnie były to jajka, tuńczyk z puszki w sosie własnym lub boczek.  Do takiej porcji białka aż się prosi dodać jakieś warzywa. Królowała cukinia, ogórki, rzodkiewki i avocado.

Może nie ma tu szalonej różnorodności, ale te produkty pozwoliły mi przetrwać bezpiecznie dość daleką i czasami męczącą podróż w bardzo dobrej kondycji zdrowotnej. Chociaż jak przyglądałam się temu jak żywili się inni turyści (kolorowe wody do picia, batoniki, wafelki i inne słodkie duperelki) to stwierdzam, że moja dieta była bardzo bogata i różnorodna. Być może przyczyną tego zjawiska jest też brak normalnego, zdrowego jedzenia na stacjach benzynowych. Przez całą trasę zanotowałam tylko jedną stację benzynową, w której były sprzedawane owoce. Ale dla chcącego, nic trudnego. Wystarczy zaopatrzyć się wcześniej w sklepach spożywczych, żeby mieć coś zdrowego do przekąszenia w drodze. A tak na marginesie – szukając produktów o dobrym składzie, zdałam sobie sprawę jakie to wielkie szczęście, że związki, których należy unikać w gotowych produktach, w różnych językach brzmią bardzo podobnie 😉 .

Postaram się opisać Wam kilka przykładowych posiłków, które sama przygotowywałam oraz te, które jadłam w restauracjach, dzieląc podróż na kraje, bo to pozwoli na utrzymanie jakiejś chronologii.

SŁOWACJA

Pierwszy nocleg w Bratysławie. Pozwoliliśmy sobie na pokój w hostelu, ponieważ zawsze pierwszy dzień trasy jest dość męczący zanim ciało przyzwyczai się do codziennych kilometrów pokonywanych na motocyklu. Chcieliśmy dobrze wypocząć na kolejny dzień. Na opuchnięte nogi zastosowałam asany polecone przez instruktorkę jogi (klik) i rzeczywiście przyniosły mi dużą ulgę! Dodatkowo przetestowałam podczas trasy sól epsom (klik). Jest to sól magnezowa, która świetnie regeneruje zmęczone nogi. Przygotowałam sobie roztwór soli w małej buteleczce i codziennie wieczorem wcierałam w nogi. Pomogła nawet przy silnych skurczach w łydkach mojemu mężowi!

 

Wracając do posiłków, na szczęście obok hostelu była niewielka restauracja gdzie bardzo uprzejmy Pan polecił nam steki z ryżem i ogórkiem kiszonym. Jak się okazało już na talerzu, była to polędwiczka wieprzowa z jakimś niezidentyfikowanym białym sosem i ogórki konserwowe. Jedynie ryż był ryżem 🙂 . Sos zgarnęłam na bok talerza, a resztę zjadłam nawet ze smakiem. Wybierając dania w restauracjach przeważnie szukałam mięs z grilla, ponieważ zazwyczaj są one podawane bez żadnych sosów czy panierek o niewiadomym składzie. Smażonych potraw lepiej unikać jak ognia, bo nie wiemy na jakim tłuszczu były przygotowane.

AUSTRIA

Pierwszy mój komentarz na temat Austrii był taki, że mogłabym tam zamieszkać. Wszędzie kwiaty, zielone dywany traw, góry, przemili ludzie o szczerym uśmiechu i ten porządek! Choćbyś chciał, nie znajdziesz tam papierka na ziemi. Nie sposób opisać tych klimatycznych, małych miejscowości rozsianych na zboczach gór, gdzie każde małe okienko było ukwiecone. Czułam się tam jak w bajce.

Śniadanie zjedliśmy w terenie, w towarzystwie wielkich wiatraków prądotwórczych. To śniadanie składało się z cukinii, awokado i tuńczyka w sosie własnym (mąż dostał wersję z boczkiem) i zjedliśmy je na ciepło.

W restauracji na kempingu Olachgut w Murau niestety w menu nie znalazłam nic co mogłabym zjeść, dlatego na obiad zrobiłam jajecznicę z ogórkiem i rzodkiewką.

Pogoda w kolejny dzień trochę się popsuła, przez co nie mogliśmy wjechać na Grossglockner. Niskie, deszczowe chmury zasłoniły piękne górzyste widoki, ale na pocieszenie przenocowaliśmy w pięknym austriackim gasthaus, nieopodal Mittersill. Obiadokolację zjedliśmy w pokoju: pasta z awokado i tuńczyka na waflu ryżowym z ogórkiem i rzodkiewką. Śniadanie było w cenie pokoju. Gospodarze, na naszą prośbę, przygotowali nam posiłek według naszej diety. Byli to przemili ludzie. Bardzo ubolewali nad tym, że musieliśmy wyjeżdżać w deszczu, ale dzięki ich cudownej gościnności i życzliwości, warunki atmosferyczne zeszły na drugi plan i wyruszyliśmy w deszczową trasę z uśmiechem na twarzy. Chętnie tam jeszcze wrócimy!

SZWAJCARIA

W drodze na Szwajcarię pogoda się poprawiła. Nocowaliśmy w miejscowości Chur na kempingu CampAu. Tam też zjedliśmy obiad. Zamówiłam schwein steak z warzywami. W komplecie dostałam zestaw sosów. Na szczęście były podane na łyżeczkach, które przełożyłam od razu na talerz męża. Niestety skusiłam się na połówkę zapiekanego pomidorka i to był błąd. Następnego dnia rano od razu czułam krostki na języku. Tak też czasami mój organizm reaguje na psianki – ewidentnie wtedy mu nie podeszły 😉 .

WŁOCHY

Pierwszy nocleg we Włoszech znowu na kempingu w miejscowości Etroubles. Tutaj zjadłam przepyszną obiadokolację, pięknie podaną na gorącej płycie. Cielęcinka z grilla z warzywami na ciepło bardzo mi smakowała. Wśród warzyw były też niestety psianki (pomidory i bakłażan), ale po nauczce z pomidorkiem odłożyłam je na bok.

Ktoś mógłby teraz zapytać: a jak smakowała Ci włoska pizza? Otóż byłam tak zdeterminowana, żeby utrzymać swoją dietę, że na pizzę się nie skusiłam. Wystarczyło mi zapewnienie mojego męża, że jest przepyszna i zupełnie inna jak pizza w Polsce 😉 . No cóż… może następnym razem będę mieć na tyle uregulowany organizm, że jedna prawdziwa włoska pizza nie zrobi mi krzywdy.

Na noclegu w przepięknych górach Dolomitach, doświadczyliśmy prawdziwej włoskiej gościnności. Góra jedzenia na obiadokolację! Nawet ucieszyłam się kiedy mogłam wykręcić się od zjedzenia tego wszystkiego. Wystarczyła mi kapustka z kminkiem i pieczone żeberka. Mąż nie dotrwał do deseru. Już z mięsem przy daniu głównym musiałam mu pomóc 🙂 . Na śniadaniu pełne stoły jedzenia: płatki, bułeczki, pączki, ciasta… hmmm….. na szczęście znalazłam dla siebie jajka, masło i jabłka 😉 .

CHORWACJA

Na Chorwację udaliśmy się na kilka dni po to, żeby wypocząć nad morzem. Wynajęliśmy pokój z dostępem do kuchni dlatego o posiłki byłam już spokojna. W pierwszej kolejności zrobiłam potrawkę z cukinii, cebuli, czosnku, pieczarek i drobiu. Wersja posiłku dla męża przypominała już bardziej leczo, ponieważ zawierała jeszcze pomidora i paprykę.

Pozostałe posiłki na Chorwacji to różnego rodzaju sałatki z mięsem lub rybami, jajecznice z warzywami i oczywiście owoce. Od czasu, do czasu pojawiały się wafle ryżowe, ale w mojej codziennej diecie nie ma dla nich miejsca, ponieważ jest to już produkt przetworzony. Lepszym rozwiązaniem jest świeżo ugotowany ryż (klik), oczywiście wcześniej namoczony i dobrze wypłukany.

WĘGRY

Ostatni nocleg spędziliśmy na kempingu Tulipan w Egerze. Poszliśmy coś zjeść do centrum. Znaleźliśmy knajpkę na rynku, gdzie menu było przetłumaczone na język polski. Niestety kelnerzy w naszym języku już nie mówili, ale jakoś się dogadaliśmy w sprawie podmiany frytek na ryż. Przypuszczam, że z powodu tej prośby kucharz stwierdził, że unikam tłuszczu i przez to dostałam bardzo suchy posiłek. Suchy ryż, suche mięso i w sałatce nie było ani kropelki oliwy… Ten posiłek trawił się chyba przez całą noc, ponieważ rano nie miałam ochoty wcale na śniadanie. A przecież zdrowy tłuszcz jest tak potrzebny do prawidłowego trawienia. Pamiętajmy o tym 🙂 .

Na zakończenie, mogę zdecydowanie potwierdzić, że na diecie eliminacyjnej ze zbożami bezglutenowymi można śmiało podróżować. Nie jest to żadna przeszkoda, aby zwiedzać świat. Jeśli mnie się udało podróżować na tej diecie, to utrzymanie jej w życiu codziennym, kiedy mamy dostęp do swojej kuchni i przeróżnych lokalnych produktów, nie powinno stanowić żadnego wyzwania 😀 .

Zapraszam Cię to obejrzenia naszego prywatnego filmu z podróży po Alpach i Dolomitach 😉 . Ustaw proszę lepszą jakość obrazu, ponieważ widoki są tego warte <3 .

Kuknij co dobrego jeszcze na Zdrowej Brzózce 😉

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Kamila Bachula - szczęśliwa mężatka, z wykształcenia jest nauczycielem języka angielskiego, ale z zamiłowania tworzy bloga Zdrowa Brzózka, który powstał z potrzeby serca. W 2009 roku weszła do niestety rosnącego w liczbę grona CUdaków za sprawą zdiagnozowanego schorzenia Colitis Ulcerosa (WZJG). Świadomie szukając przyczyny tej choroby autoimmunologicznej odkrywa świat zdrowego żywienia i zrównoważonego stylu życia, czego rezultatem jest blog Zdrowa Brzózka. Kamila kocha jogę i podróże motocyklowe, uwielbia gotować dla siebie i bliskich, ale także lubi wiedzieć co je.