Jestem tym, co myślę

Rozwój duchowy – z czym to się je?

Rozwój duchowy – z czym to się je?

Przyszła do mnie taka wewnętrzna potrzeba podzielenia się swoim duchowym doświadczeniem. Nie wiem na ile, czy w ogóle, komuś się to przyda, ale zaufałam Sercu i piszę te słowa do Was kochani. Generalnie jest to tak intymna i subtelna sfera życia, że ciężko się o tym pisze, że nie wspomnę o mówieniu. A jednak, coś w środku mi mówi, żeby się podzielić moimi odczuciami. Kiedy jestem sama ze sobą, kiedy medytuję i nastawiam swoją świadomość na odczuwanie, ten świat jest tak realny, tak wyraźny, i tak błogi, że to nie może być tylko kwestia wyobraźni, czy złudzeń. Świat ducha istnieje i tylko czeka, aby go odkryć. W jaki sposób to zrobić? Prawda jest taka, że ile ludzi na Ziemi, tyle różnych dróg samopoznania. Może akurat zainspiruje Cię coś z mojego doświadczenia.

Zdaję sobie sprawę, że tylko część osób doczyta ten tekst do samego końca 😀 Nie wszyscy upatrują wartości w odkrywaniu siebie i świata duchowego i jest to jak najbardziej normalne. Jednak czasy, z którymi mamy teraz do czynienia, wręcz zmuszają nas do zatrzymania się i zastanowienia się nad naszym życiem. Nasze ludzkie pragnienie powrotu do Siły Wyższej w obliczu cierpienia jest całkowicie normalne, jest częścią nas. Gdy jest dobrze i wszystko się jakoś układa, skupiamy się na świecie materialnym, pędzimy za nie wiadomo czym jak w amoku, zapominając o tym, że oprócz ciała mamy jeszcze duszę, która tylko czeka, aż sobie o niej przypomnisz. Tak więc ciężkie chwile w naszym życiu są wręcz potrzebne, po to żeby właśnie wtedy, gdy wszystko wymyka się nam spod kontroli, puścić i zaufać, bo Ktoś wie lepiej. Teraz właśnie mamy sposobność na to, aby przewartościować nasze życie. Wykorzystajmy ten czas w pełni i nie bójmy się stwierdzenia, że jak trwoga, to do Boga (klik).

Moje wspomnienia z dziecięcych lat z relacji z Bogiem mogę podsumować jednym słowem – STRACH.

Ze strachu przed grzechem i piekłem chodziłam do kościoła i modliłam się. Motorem wszelkich czynności związanych z religią w moim przypadku był właśnie lęk przed karą Boga. Nie przypominam sobie, żebym poszła do kościoła z radością w sercu. Jedynie okres Bożego Narodzenia, śpiewanie kolęd oraz Boże Ciało i sypanie płatków kwiatów jest dobrym wspomnieniem z okresu praktyk religijnych. Gdy weszłam w nastoletni wiek buntu, kościół omijałam szerokim łukiem i w zasadzie nie licząc kilku wyjątków, takich jak chrzciny, czy śluby, tak pozostało do dzisiaj. Jeśli czegoś nie czuję, nie robię tego. Jeśli bycie praktykującym katolikiem nie jest ze mną zgodne, nie będę tego robić, ponieważ to nie jest szczere.

I tak moja relacja z Bogiem przez pewien czas była bardzo sucha. Przypominałam sobie o Nim przeważnie gdy miałam jakiś interes i prosiłam Go o wsparcie. Jednak tutaj nadal motywacją do kontaktu był strach przed tym, że coś na czym mi bardzo zależy, może się nie udać… Często myślałam też, że schorzenie, z którym przyszło mi żyć (Colitis Ulcerosa klik) to swego rodzaju kara, za to, że nie jestem wiernym katolikiem… Przewlekła choroba robiła swoje doprowadzając zarówno moje ciało, jak i psychikę do nieciekawego stanu. Po każdym kolejnym nawrocie było coraz gorzej, aż dopadł mnie taki stan, który zmusił mnie, aby wybrać się na psychoterapię. To było moje pierwsze zwrócenie się do środka, do mojej duszy. W końcu byłam zmuszona, aby choć trochę poznać siebie.

Gdzieś w między czasie trafiła do mnie książka „Sekret” Rhondy Byrne. To dopiero było odkrycie, istny przewrót w mojej głowie, bo nagle uświadomiłam sobie, że im bardziej skupiam się na strachu, poczuciu winy, uczuciu braku, smutku i wszelkich wartościach, których nie chcę, tym bardziej właśnie je przyciągam. Ta książka tak bardzo do mnie przemówiła, tyle mi rozjaśniła, że kupiłam kilka egzemplarzy i rozesłałam do najbliższych mi osób. W książce dokładnie opisany jest sposób posługiwania się tym uniwersalnym prawem wszechświata, które mówi, że przyciągasz to, na czym skupiasz uwagę. Poznanie prawa przyciągania, uświadomiło mi, że warto przyjrzeć się swoim rozbieganym myślom, bo one nie są bez znaczenia.

W książce mocno podkreślona jest rola twórczej wizualizacji, dlatego też zaczęłam o tym czytać i praktykować, jednak tu pojawiły się duże schody. Moje rozbiegane myśli były nie do ogarnięcia, a wyobraźnia nie chciała współpracować. Nawet gdy chciałam wyobrazić sobie jasny kolor, to widziałam ciemną plamę… Długi czas uważałam, że brak wyobraźni jest moją wielką wadą, która uniemożliwi mi wykreowanie pięknego wymarzonego życia, ale teraz jestem wdzięczna, że nie mam jej tak mocno rozbudzonej. Później wytłumaczę dlaczego 😉

Od czasu przeczytania książki „Sekret” starałam skupiać się na tym co dobre i pozytywne, aby więcej właśnie takich wartości przyciągać w moim życiu. Potwierdzeniem tego jak wielką moc mają nasze uczucia i myśli była kolejna książka „Tajemnice wody i jej wpływ na człowieka i naszą planetę” Masaru Emoto (wpis o książce tutaj klik). Pan Emoto badał bezpośredni wpływ naszych słów, myśli i uczuć na strukturę wody. Wykonałam nawet zaproponowany przez niego eksperyment z wodą i ryżem, który opisałam już wcześniej (klik). Zobaczyć na własne oczy jak wielką moc ma to, co myślimy, mówimy i czujemy otwiera nowe przestrzenie zrozumienia. Teoria teorią, ale dopiero praktyka i namacalne dowody przekonują nasz logiczny umysł do tego, żeby w coś uwierzyć… Skoro woda tak pięknie krystalizuje pod wpływem energii radości, miłości i wdzięczności, to wystarczy skupić się właśnie na tych wartościach, aby wieść cudowne życie…

No tak, tylko jak to zrobić? Przecież w codziennym życiu jest tyle różnych sytuacji, na które nie mamy wpływu, a które podnoszą w nas złość, rozgoryczenie, smutek, gniew, strach. Niby w jaki sposób na wszystko co się dzieje reagować radością, spokojem, miłością i jeszcze być za to wdzięcznym, że ktoś Cię wkurzył????

Nasze myślenie, odczuwanie i działanie jest wynikiem pewnych nawyków, które wypracowaliśmy w sobie przez lata. Dlatego wyjście ze starych, utartych schematów nie odbędzie się z dnia na dzień. To jest proces, który trwa, ale to od naszej woli, intencji i działania zależy jak długo potrwa tzw. „wyrywanie chwastów” uprzykrzających nasze życie. Pierwszym podstawowym krokiem do zmiany jest zauważenie tego, co nam szkodzi. U mnie na pewno był to nadmiar negatywnych myśli, dlatego starałam się rozbudzać w sobie dobre emocje. Bardzo pomogło mi prowadzenie dziennika wdzięczności. Na koniec dnia spisywałam w moim dzienniku wszystko to, za co byłam wdzięczna. Od bardzo ważnych spraw po tak z pozoru prozaiczne, jak dach nad głową i wygodne łóżko, w którym zaraz miałam zasnąć. Ten rytuał przynosił mi ukojenie i zasypianie w dobrym nastroju, co także skutkowało lepszym snem.

Kolejnym bardzo ważnym etapem w moim życiu było pojawienie się jogi (klik). Ktoś by pomyślał, że niby w jaki sposób joga, takie leżenie na macie ;), może mieć wpływ na relację z duchowym światem. Otóż ma i to ogromny, o czym sama przekonywałam się coraz bardziej z roku na rok. Pierwsze zdarzenie, które mnie ujęło, to zakończenie praktyki savasaną, czyli rozluźnieniem ciała i skupieniem się na oddechu, kiedy to nauczycielka zaczęła śpiewać mantrę Gayatri. Pamiętam to dokładnie, jak łzy wzruszenia kapały mi na matę. Nie rozumiałam kompletnie nic z tych słów, ale czułam, że niosą dobrą, ciepłą energię. To były moje pierwsze zajęcia, więc później było mi trochę głupio, bo nie zauważyłam, żeby ktoś inny tak zareagował 🙂 Sprawdźcie sami swoją reakcję! Poniżej wklejam wykonanie tej mantry przez Vanessę Forbes. Połóżcie rękę na sercu i wsłuchajcie się w tę błogość.

Oprócz mantry i przyjemnych stanów głębokiego odprężenia na koniec zajęć, dochodziły też takie odkrycia jak przypływy różnych emocji podczas praktyki. W szczególności podczas otwierania barków, bioder i klatki piersiowej, pojawiały się różne emocje w ciele. Czasami przechodziły po mnie dziwne prądy, innym razem przychodziło niezwykłe ukojenie, jakby spadł mi cały ciężar z barków. Wielkim odkryciem było dla mnie też to, że wykonując niektóre asany, wystarczy rozluźnić twarz i żuchwę, aby całe ciało rozluźniło się i mogło wejść w asanę jeszcze głębiej i pełniej. Te niezwykłe doświadczenia utwierdzały mnie w przekonaniu, że emocje zapisują się w jakiś sposób w naszym ciele, a pracując z ciałem i oddechem jesteśmy w stanie je uwalniać. W między czasie natrafiłam także na praktykę TRE, o której pisałam w poście o metodach na zredukowanie stresu (klik). Ćwiczenia TRE wprowadzają ciało w drgania, które wypływają z ciała same, jeśli tylko im na to pozwolimy. Te drgania to uwolnienie ciała z nagromadzonych emocji. Warto zacząć od wibracji dna miednicy, bo tam siedzi tego najwięcej. Tutaj krótki instruktarz Grzegorza Byczka:

Po kilku praktykach ćwiczeń TRE zaobserwowałam drgania moich nóg również podczas praktyki jogi. Ciało widocznie szukało tylko okazji, aby uwolnić się z tego co się w nim uzbierało przez te wszystkie lata… Jeśli nie uda się Wam wprowadzić ciała w swobodną wibrację, spróbujcie chociaż wykonać sobie automasaż całego ciała oklepując się miejsce przy miejscu, zaczynając od dłoni i rąk, potem całą twarz i głowę, tułów, nogi i stopy. Energicznie oklepując swoje ciało pobudzamy je do odprowadzenia nagromadzonej negatywnej energii z wszelkich emocji z całego dnia. Po takim masażu poczujecie dosłownie jak coś z waszego ciała paruje. To samo uczucie odczuwam po ćwiczeniach TRE i w niektórych asanach podczas praktyki jogi.

Pewnego dnia jedna z nauczycielek jogi, pożyczyła mi swoją książkę „Joga światłem życia”, napisaną przez B.K.S. Iyengara, twórcę współczesnej jogi iyengarowskiej. Książka niełatwa w czytaniu, ale pomimo tego wciągnęła mnie. Iyengar na swoim przykładzie opisuje jak joga prowadziła go przez życie. Samo życie traktował jak szkołę, w której cały czas się uczymy. Praktykując jogę uczymy się swojego ciała, jego słabszych i mocnych stron, uczymy się szukać wygody w niewygodzie, uczymy się dostrzegać dobrodziejstwo, czasami nieuniknionego bólu. Uczymy się także dostrzegać relację ciała z duszą oraz rozpoznawać swoje ego. Temat ego i to jak bardzo ego manipuluje naszym życiem uderzyło mnie chyba najbardziej. Jak pisze Iyengar:

„Ludzkość znajduje się w fatalnym położeniu, gdyż to, czym człowiek wierzy, że jest, czyli ego i jego przymioty, ulegnie zniszczeniu, a przetrwa to, co człowiek ledwie wyczuwa jako część siebie, transcendentalna świadomość i dusza”.

I tutaj pewnie część z Was zakończy czytanie 😀 Jeśli już odczuwasz dyskomfort w odbiorze tekstu, nie zmuszaj się do czytania go dalej.

Rozpoczęła się moja przygoda z rozpoznawaniem ego i jego zachcianek. Najpierw na macie podczas praktyki jogi, a potem w życiu codziennym. Częściej zwracałam uwagę na intencje, którymi się kieruję podejmując jakiekolwiek działania. Przeważnie to ego chciało dostać coś w zamian… Zaczęła pojawiać się we mnie jeszcze mocniejsza krytyka samej siebie, że jak to? To ja uważałam się za dobrego człowieka, a teraz okazuje się, że kieruje mną małe, przestraszone ego, które łaknęło pochwał, docenienia i uznania. Dochodziło już do tego, że krytykowałam się za to, że krytykuję siebie… Mój analityczny umysł zagłębił się w niepotrzebne, zbyt wnikliwe rozkminy. Uświadomiła mi to kobieta, która zajmuje się ogólnie mówiąc czytaniem duszy. Trafiłam do niej dzięki mojej przyjaciółce. Na spotkaniach wyszło na jaw, że bardzo dużo o sobie wiem, ale nie potrafię tego zmienić, a wszystko sprowadzało się do jednego wniosku, że nie potrafię pokochać siebie taką jaka jestem. Pokochać siebie, czyli zaakceptować wszystkie swoje wady i zalety, przyjąć siebie bezwarunkowo z całym inwentarzem.

Bezwarunkowa, prawdziwa miłość kocha wszystko takie, jakie jest.

To nie jest łatwe zadanie dla nikogo kto takiej bezwarunkowej miłości nie doświadczył, bo przecież my jesteśmy nauczeni kochać za coś, a nie pomimo wszystkiego. Uczą nas tego zarówno w domu, w kościele, czy w szkole. Według ogólnie przyjętych norm na miłość trzeba sobie zasłużyć, a to tak nie działa kochani… I jak tu się teraz tego oduczyć i zaprogramować się na nowo??? Jak zaakceptować swoje wady i słabe strony???

Z pomocą przyszły mi polecone książki: „Możesz uzdrowić swoje życie” Louise L. Hay, „Przestań cierpieć – zacznij kochać” Werner Ablass, „Cztery umowy” Don Miguel Ruiz oraz„Potęga podświadomości” Joseph Murphy. O tej ostatniej pisałam już na Zdrowej Brzózce (klik). To dzięki niej rozpoczęłam swoje pierwsze medytacje w połączeniu z afirmacjami. Afirmowanie, czyli powtarzanie słów, które niosą wysokie wibracje, wprowadziłam do swojej codzienności zarówno w pisaniu, jak i w mówieniu do siebie. Stałam się pokręconą wariatką, która szepcze do siebie, gdy spaceruje 😀

Czy próbowaliście kiedyś do swojego odbicia w lustrze powiedzieć „Kocham Cię”???

Przy pierwszych podejściach na mojej twarzy pojawiały się jakieś dziwne grymasy i nie mogłam wypowiedzieć tych słów do siebie głośno i zdecydowanie. To był szept, w który nie wierzyłam. Teraz mówię to głośno, ale nadal jakaś cząstka mnie jeszcze udowadnia mi, że nie do końca mi wierzy… To wszystko jest proces, który trwa, ale czuję, że jestem coraz bliżej.

Wszystkie pomocne mi narzędzia do odkrywania siebie zawsze przychodziły do mnie same. Tak jakby wszechświat sam podrzucał mi to, co mnie naprowadzi na odpowiedzi. Tak też trafiłam na filmy Beaty Pawlikowskiej (klik), książki Agnieszki Maciąg (klik) i niektóre wywiady w kawalerce 20m2 Łukasza Jakóbiaka (klik) (szczególnie te ostatnie nagrania). Jestem im ogromnie wdzięczna za to co robią, bo są nieocenionym wsparciem, a dzięki temu, że są osobami publicznymi, mogą docierać do większej ilości osób ze swoim dobrem w sercu.

Im więcej przyglądałam się sobie i światu, tym lepiej rozumiałam pewne mechanizmy, które kierują naszym życiem, chociaż i tak czuję, że w tym temacie dopiero raczkuję. Zauważyłam jak wiele różnych dziedzin wiedzy mówi o jednym i tym samym, ale na różne sposoby. Niezwykle odkrywcze jest śledzenie chociażby numerologii i astrologii. Świat ezoteryki, który uznawałam za zabobony przez większość swojego życia, nagle nabrał znaczenia. Skoro wszystko we Wszechświecie jest energią, to planety i cyfry także. Każda z nich niesie za sobą inną częstotliwość, która w jakiś sposób odzwierciedla wszystko co nas otacza. Ktoś kto umiejętnie interpretuje tą dostępną nam wszystkim wiedzę, potrafi wyjaśnić większość zjawisk na świecie i w naszym życiu. Jeśli nie przeliczałaś /-eś sobie nigdy swojej cyfry urodzeniowej to polecam zapoznać się z instrukcją na stronie Zdrowej Duszy (klik). Następnie przeczytaj charakterystykę swojej cyfry i sam stwierdź czy jest to zgodne z Tobą. Mnie astrologia i numerologia bardzo pomogły zrozumieć siebie i to co mnie otacza. Wystarczy się na to otworzyć i przestać o tym myśleć jak o zabobonie.

Polecam Wam gorąco bloga Moonset Story – Astrologia Pełni (klik) oraz wykłady Beaty Ohryzko, założycielki Centrum Wiedzy Majów (klik) . Tu jest ogrom rzetelnej wiedzy, której nie znajdziecie w żadnych książkach.

Wystarczy otworzyć się na poznanie nowego, pozwolić sobie na poszerzenie horyzontów, żeby zrozumieć, że właściwie to wszystko jest możliwe.

Załóżmy, że świat duchowy, świat emocji i intencji jest tak rzeczywisty i namacalny jak świat materialny. Wszystko co istnieje we Wszechświecie jest energią zamkniętą w różnej formie. Świat materii jest nam dobrze znany, jesteśmy nauczeni go odczuwać poprzez nasze zmysły. A jak poczuć świat duchowy? To czy jesteś w stanie doświadczać tego niewidzialnego świata, zależy od tego, czy otworzysz się na jego doświadczanie, czy przestawisz swoją świadomość na odczuwanie zamiast myślenie o nim jak o materii, czy zwrócisz się do swojego wnętrza.

Moje pierwsze świadome zetknięcie się z światem duchowym to doświadczenie przypływu wzruszenia i błogości podczas słuchania mantry Gayatri na zakończenie praktyki jogi, które potem wielokrotnie się powtarzało. Podobny przypływ wzruszenia i ciepła na sercu przyszedł do mnie po pierwszym zabiegu refleksoterapii twarzy (klik). Po tym niezwykle delikatnym masażu twarzy poryczałam się jak bóbr, a pani Halika ze spokojem stwierdziła, że to normalne. Bardzo miło wspominam także spotkanie z moją siostrą, kiedy poprosiłam ją o masaż, aby rozluźnić ciało po dość intensywnej podróży i całym dniu pełnym wrażeń. Na koniec masażu znowu poczułam ten cudowny przypływ wzruszenia i ciepła. Otworzyłam oczy pełne łez i zapytałam siostry co zrobiła. A ona na to: „przesłałam Ci coś kochanie”. Przesłała mi intencje miłości! A ja ją odebrałam tak wyraźnie. Dla mnie to były pierwsze dowody na to, że świat ducha istnieje i możemy go doświadczać równie intensywnie i wyraźnie jak świat materii.

Zauważcie kochani, że we wszystkich tych doświadczeniach jest wspólny mianownik. Zanim odczułam tą niezwykłą energię, najpierw nastąpiło rozluźnienie ciała i umysłu, albo za pomocą praktyki jogi, albo za pomocą masażu. Czyli odbyło się to poprzez pracę z ciałem. O konieczności wprowadzenia ciała i umysłu w stan relaksu zanim przystąpimy do duchowej relacji mówił także Joseph Murphy w swojej książce „Potęga podświadomości” (klik).

Kolejny etap w moich poszukiwaniach siebie to warsztaty u Beaty Sochy, która prowadzi stronę wewnetrznywymiar.pl. Siedząc w domu na najdłuższym, jak dotąd, w moim życiu zwolnieniu lekarskim po ostrym rzucie schorzenia CU, oglądałam wiele ciekawych rozwojowych nagrań i natrafiłam na wywiad właśnie z Beatką w Niezależnej Telewizji.

Słysząc jej słowa coś we mnie tak mocno zarezonowało, że po prostu musiałam się z nią spotkać. Wręcz czułam to całą sobą, że kontakt z nią to dobry kierunek. I tak trafiłam na jej warsztaty w Krakowie pod koniec marca 2019. Oczywiście szukałam kompana do tego doświadczenia, ale nie udało mi się nikogo namówić 😉 Pojechałam sama i tak właśnie miało być. To co tam usłyszałam i to czego doświadczyłam podczas wspólnej medytacji jest nie do opisania. Nareszcie nie czułam się jak czubek, bo tam płakali ze wzruszenia wszyscy! I kobiety i mężczyźni w różnym wieku.

Godzinna medytacja na zwykłym, dość twardym krześle, zleciała tak szybko, że byłam w szoku. Moje wcześniejsze samodzielne próby medytowania kończyły się maksymalnie po 15 minutach i to z trudem, bo umysł cały czas grał swoją melodię. A tu świat, w który tak pięknie wprowadziła nas Beatka, otworzył mnie na odczuwanie. I tutaj właśnie po raz pierwszy w życiu byłam wdzięczna sama sobie, że moja wyobraźnia nie jest taka bujna, jak bym tego chciała. Do medytacji, której uczy Beatka, nie potrzeba wyobraźni, ponieważ tutaj skupiamy się całkowicie na odczuwaniu. Wyobrażanie to kreacja umysłu, a tutaj chodzi właśnie o to, aby umysł zaprosić na tylni fotel, aby się tylko przyglądał i obserwował, a nie zarządzał.

Na tej medytacji pierwszy raz poczułam swoje ciało od środka.

Cała medytacja składa się z kilku etapów, które pokrótce opiszę. Na początku medytacji wprowadzamy ciało w stan relaksu, skupiając uwagę najpierw na poszczególnych częściach ciała, mówiąc do nich, albo na głos, albo w duchu, że są rozluźnione, szerokie, głęboko odprężone. I tak dosłownie się dzieje. Im więcej praktykowałam, tym bardziej odczuwałam jak moje ciało i moje poszczególne narządy reagują na to co do nich mówię. To niesamowite odkrycie, że nasze komórki ciała dosłownie nas słyszą i reagują. Dopiero gdy uda się nam rozluźnić ciało, jesteśmy w stanie więcej i mocniej odczuwać dalsze etapy medytacji.

Następnie przechodzimy do nawiązania kontaktu z Matką Ziemią poprzez nasze stopy. Na początek dobrze jest mieć je oparte o powierzchnię, bo łatwiej wtedy odczuć energię planety, która dosłownie wypełnia nas, jeśli tylko jej na to pozwolimy. Połączenie z Matką Ziemią przywraca równowagę w naszym ciele, dlatego tak ważny jest nasz bezpośredni kontakt z naturą. Jednak możemy to także uczynić podczas medytacji, gdziekolwiek jesteśmy, nawet na 11 piętrze betonowego wieżowca, jeśli tylko otworzymy się na tą przestrzeń.

Zapraszając energię Matki Ziemi do naszego ciała, pozwalamy jej, aby uzdrawiała to, co jest do uzdrowienia. Moje odczucie energii Ziemi w ciele jest takie, jakby wypełniał mnie przyjemny chłód od środka, taka odświeżająca mięta, która jeszcze bardziej pogłębia odprężenie całego ciała, jednocześnie napełnia mnie poczuciem równowagi i siły. Tak jakbym łapała balans od środka. Gdy już całe ciało napełni się tą uzdrawiającą energią, przechodzimy do poszerzenia świadomości poza ciało. Skupiamy odczuwanie na najbliższej przestrzeni rozpoczynając, od odczucia zewnętrznej strony naszej skóry. Jakież było moje zdziwienie kiedy po „rozciągnięciu” przestrzeni z lewej strony przeszłam na prawą stronę ciała i poczułam tam jakbym opierała się dosłownie o ścianę. Dopiero gdy swoją intencją poszerzyłam też prawą stronę przestrzeni, poczułam wyrównanie obydwu stron.

Magia??? Nie, to jest rzeczywistość, którą dopiero odkrywamy i uczymy się jak jej doświadczać.

Zaraz będzie jeszcze bardziej „magicznie”, bo przechodzimy do pola naszego serca. Coraz głośniej mówi się o tym, że pole elektromagnetyczne naszego serca jest 60 razy większe od wartości jaką emituje nasz mózg. Okazuje się, że to serce wiedzie prym w naszym ciele, a nie umysł. Nasze serce jest w stanie nawet przewidzieć to z czym za chwilę będziemy mieli do czynienia i zanim się to wydarzy, ono już emituje częstotliwość zgodną z przewidzianym wydarzeniem. To jest to tzw. przeczucie. Polecam zapoznać się z króciutkim filmem na YT „6 sekund serca”:

Bardzo ciekawy tekst na temat serca znajdziesz też pod tym linkiem:

Warto zapoznać się z tymi informacjami, aby lepiej zrozumieć, to o czym będę za chwilę pisać.

Torus serca – pole elektromagnetyczne serca jest 60 razy większe od pola naszego mózgu.

Jak wejść w pole serca? Odczuwając je.

Kiedy nasze ciało jest rozluźnione i czujemy połączenie z Matką Ziemią oraz przestrzenią, w której się znajdujemy, łatwiej jest nam odczuć pole naszego serca i komunikować się z nim. Na pierwszej medytacji z Beatką zapraszaliśmy w pole serca naszych rodziców i odczytywaliśmy uczucia i odczucia jakie przychodziły goszcząc ich w naszej przestrzeni. Kochani… to jest istna magia, co się dzieje podczas tego doświadczenia. Tego nie da się opisać… Tego trzeba doświadczyć. Powiem tylko tyle, że zapraszając poszczególne osoby, wydarzenia, bądź nasze marzenia, w pole naszego serca, jesteśmy w stanie oczyszczać wszystko to, co nisko wibruje, czyli zakłóca naszą relację z tymi osobami, wydarzeniami, marzeniami. Kiedy coś nisko wibruje, odczuwa się dosłownie ciężar na sercu. Gdy pozwalamy sercu działać wybierając jedynie miłość, czyli wybierając intencję miłości, ciężar rozpuszcza się i zamienia w lekkość. Im więcej pracujemy w ten sposób, efekty tej pracy widzimy jako namacalne zmiany w naszej rzeczywistości. Ta technologia jest w każdym z nas. Możemy się w ten sposób oczyścić z wielu nagromadzonych przez całe ziemskie życie niskich energii i oprogramowań, które blokują nas, nie pozwalając wzrastać i w pełni cieszyć się życiem.

Dzięki regularnym medytacjom, jesteśmy w stanie wpłynąć na naszą rzeczywistość. Łączymy się w ten sposób z samym Źródłem Wszystkiego, Stwórcą Wszechrzeczy, Wszechświatem, Bogiem, nazwij to jak chcesz, bo to wszystko jest JEDNYM, czyli pierwotną energią, która nas stworzyła.

To bardzo intymne przeżycia, ale jednak opisuję je, ponieważ wychodzi to z potrzeby mojego serca. Dzielę się swoim doświadczeniem, bo jestem na drodze samopoznania, jak każdy z nas, aby odkryć KIM JESTEM i po co tu jestem. Wierzę, że każdy z nas ma tu do spełnienia jakąś misję i to wcale nie musi być misja najwyższych lotów. Chodzi o to, aby nieść dobro i światło wszędzie tam, gdzie jesteśmy, w taki sposób w jaki najlepiej potrafimy. Rozpuszczając swoje ciemne strony, rozświetlamy cały świat, bo jesteśmy JEDNYM. I to nie są jakieś przenośnie… To trzeba brać dosłownie… A teraz w tym szczególnym czasie, tym bardziej zajmijmy się sobą, aby rozpuścić w sobie wszelkie lęki, które „wirus” i ograniczenie naszej wolności w nas wywołał. Teraz widać jak na dłoni, czego tak naprawdę najbardziej się lękamy. Stańmy twarzą w twarz ze swoim strachem, zaakceptujmy go, takim jaki jest, otulmy go miłością, światłem i rozpuśćmy – dosłownie.

Cudowna książka, która otwiera nowe przestrzenie w rozumieniu naszej relacji z Bogiem.

Kuknij co dobrego jeszcze na Zdrowej Brzózce 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kamila Bachula - szczęśliwa mężatka, z wykształcenia jest nauczycielem języka angielskiego, ale z zamiłowania tworzy bloga Zdrowa Brzózka, który powstał z potrzeby serca. W 2009 roku weszła do niestety rosnącego w liczbę grona CUdaków za sprawą zdiagnozowanego schorzenia Colitis Ulcerosa (WZJG). Świadomie szukając przyczyny tej choroby autoimmunologicznej odkrywa świat zdrowego żywienia i zrównoważonego stylu życia, czego rezultatem jest blog Zdrowa Brzózka. Kamila kocha jogę i podróże motocyklowe, uwielbia gotować dla siebie i bliskich, ale także lubi wiedzieć co je.